czwartek, 30 czerwca 2011

50

- mój dziadek lubił zaczynać sobotę od przeglądu gazety. moment ten ostrzegawczo sygnalizowała zazwyczaj całej rodzinie mama, za każdym razem w inny sposób - le i tak wszyscy wiedzieli, co się szykuje. przegląd pozornie zaczynał się od wiadomości sportowych, ale całą rodzina wiedziała, że to tylko pozory i rozgrzewka przed dodatkiem lokalnym i jego rubryką "witamy na świecie", ze zdjęciami nowonarodzonych obywateli miasta. zdjęcia na początku interesowały dziadka najmniej - o wiele bardziej ciekawe były dla niego podpisy. Nie rozchodziło mu się wcale o imiona - czy moda na Amelie i Julie już minęła? O nie, cóż to za bezsensowna wiedza w obliczu zagrożenia, z którego mało kto zdaje sobie sprawę. Mojego dziadka interesowały nazwiska: Aleks Deo? Janet Robson? Anna Pakhaverri? Z każdym obcojęzycznym słowem mina dziadka poważniała, i szanse na dobry, rodzinny i spokojny weekend, malały. "Zaleją nas, już nas zalewają!", burczał dziadek najcześciej już przy drugim nazwisku, które nie kończyło się na -ski lub -icz. Zdarzało się, że na trzech stronach nie było ani jednego dziecka obcokrajowców - ale była to tylko pozornie dobra wiadomość. Z dziadkiem bowiem "nie takie numery" - węsząc spisek zaczynał analizować zdjęcia pod kątem kolorów twarzy i kształtów oczu. Co prawda co drugi śpiący niemowlak wygląda jakby miał skośne oczy i to normalne nawet na Białorusi, ale dziadek uciszał takie komentarze stanowczym - "tym gorzej dla nich!". Zmienili nazwiska i nawet polskie imiona nadają, ale mnie nie nabiorą! Sprzedane, wszystko sprzedane! Najlepiej od razu stańmy się prowincją Wietnamu!" wrzeszczał dziadek, który zresztą w życiu by się nie przyznał do rasizmu - "ja nic przeciwko nie mam, tylko niech mi się nie pokazują na oczy!".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz